Hej. Dziś poruszę temat, który często poruszają moi bliscy i znajomi, kiedy rozmawiają ze mną. Mój chłopak. Jak on biedny radzi sobie z dziewczyną weganką? Jak radzisz sobie z robieniem mu jedzenia? Jak wygląda wasza randka w restauracjach? Wiele pytań, wiele odpowiedzi. A więc jak to u mnie wygląda?
Jestem pełną weganką od 4 miesięcy, wcześniej spożywałam jeszcze produkty mleczne i czasem jajka... czasem jajka, bo moja historia jest bardzo długa i skomplikowana. Cierpię na zaburzenia odżywiania. Weganizm początkowo miał być dla mnie drogą wyjścia z zaburzeń, a raczej podniesienia wagi, bo niskie bmi bardzo źle odbijało się na moim organizmie. Nie powiem, że się nie udaje, ale o tym osobny wpis.. Dopiero później ten styl życia stał się dla mnie czymś więcej. Bo prawda jest taka, że jeżeli raz odważysz się być na diecie wegańskiej, nie będziesz chciał zawrócić. Ale...ważne jest to, że od czterech miesięcy jestem weganką. Z moim chłopakiem jestem już od dwóch lat dlatego mogę stwierdzić, że był ze mną nawet wtedy jak jadłam bardzo niewiele. Od początku nie miał łatwego życia ze mną. Jednak o czym chciałam mówić to o tym, jak weganka radzi sobie z mięsożercą. I to nie zwykłym ,ale zawodowym.
Mój chłopak jest dla mnie ogromnym wsparciem odkąd pamiętam. Bardzo martwi się o to, co jem i jak jem,bo wie, że w mojej sytuacji każdy kilogram liczy się bardzo. Kiedy powiedziałam mu o mojej decyzji przejścia na weganizm, nie był zadowolony. Nie rozumiał tego do końca, uważał, że będę żywiła się tylko i wyłącznie sałatą, wodą i jabłkami. Dlatego początkowo nie było łatwo przekonać go do moich nowych zasad. Jednak weganizm zmienił mnie trochę. Mam w sobie dużo więcej wrażliwości na naturę, a co najważniejsze dla niego... przytyłam nieco i JEM. Mimo, że nadal nie tyle ile powinnam, ale jem. Dlatego po miesiącu narzekania i pilnowania mojej diety, dał za wygraną. Przyzwyczaił się do mojego stylu życia. Mimo, że czasem nadal potrafi mi dogryźć i rzucić tekstem "zjadłabyś kotleta, a nie...", wiem, że kocha mnie taką, jaka jestem i wie, że staram się dla niego jak mogę najlepiej.
Jeżeli chodzi o gotowanie dla niego. Niestety jest dosyć wybredny. I jego posiłek niestety musi zawierać mięso lub przynajmniej rybę, czy jajko. Obecnie gotowanie mu traktuje jako mój kobiecy/związkowo-przedmałżeński (:D) obowiązek. Dlatego nauczyłam się przyrządzać mu dania z mięsa. Jednakże im dłużej jestem weganką, tym bardziej przeszkadza mi zapach mięsa. Nie raz zanosiło mi się na wymioty, kiedy obtaczałam mu kotlety z kurczaka. Największym problemem jest dla mnie mięso mielone, bo jego juz nie mogę przetrwać... nie robię więc posiłków z mięsa mielonego, jako że nie potrafię już na nie patrzeć i je dotykać.
To samo z wyjściami razem. Nie przeszkadza mi, aby towarzyszyć mu w mcdonaldzie, ponieważ nikt nie namówi mnie nigdy na złamanie własnych zasad. Nie czuję potrzeby jedzenia produktów odzwierzęcych, dlatego spokojnie mogę być z nim kiedy je swój posiłek. Jemu też nie przeszkadza, żeby pójść ze mną do jakiejś wegańskiej knajpki. Niesamowicie się uzupełniamy w tym względzie ;)
Mimo, że nie pochwalam jego sposobu odżywiania się i byłabym wniebowzięta, gdyby był weganinem, albo przynajmniej zrezygnował z mięsa, to nie wariuję i spokojnie podchodzę do całej tej sytuacji, bo po prostu go bardzo kocham. Był ze mną jak jeszcze nie byłam weganką i mam nadzieję, że pozostanie ze mną nawet teraz. WIEM ŻE TAK BĘDZIE. Więc otwórzcie serca i umysły. Dajcie bliskim czas na przyzwyczajenie się do waszego nowego stylu życia zanim podejmiecie pochopne decyzje.
BUZIAKI <3